9/07/2009

Diamentowy Graf

Muszę wyrazić moje najszczersze podziękowania dla klubowicza, który podzielił się ze mną nazwiskiem autora błyszczącego na horyzoncie SF. Podczas jednego ze spotkań Klubu Fantastyki "Druga Era" narzekałem, iż trudno mi wybrać następną lekturę z zatłoczonych półek naszych księgarni. Mówiłem, że czegokolwiek bym nie wziął do ręki, albo wydaje się błahe, albo zostało napisane 20 lat temu, podczas gdy ja chciałbym rozszerzyć moją wiedzę na nowszą literaturę SF/Fantasy. Podsunięte mi wówczas nazwisko skrzętnie zanotowałem w telefonie i pamięci, do późniejszego wykorzystania.

Parę dni temu, stojąc w sklepie Outland przed wielką, błyszczącą ścianą zapełnioną po brzegi angielskojęzycznymi wydaniami literatury z interesującego mnie nurtu, całkowicie zagubiony w odwiecznym problemie osiołka i żłobów odgrzebałem w pamięci ową wskazówkę. Sięgnąłem po książkę Grega Egana "Schild's Ladder" reklamowaną na nieciekawej skądinąd okładce obiecującym hasłem z Guardiana - "Wonderful mind-expanding stuff".

Jestem całkowicie zaskoczony faktem, że tym razem cytat z gazety okazał się całkowitą prawdą. Po prostu nie znajduję słów, by opisać jak wspaniale czytało mi się tą powieść. Raz na jakiś czas, trafia mi się dzieło, które dodaję sobie w głowie do kanonu. Tak było z Kay'em i "Pożeglować do Sarancjum", tak było z "Aristoi" Williamsa i z wieloma innymi książkami. Od dziś Egan zajmuje w owej myślowej kolekcji całkiem poczesne miejsce. Od dziś dlatego, że ręce mi się przykleiły do okładki na tyle, że nie mogłem przerwać czytania dopóki nie skończyły mi się strony...

Wszystkich bardzo zachęcam do sięgnięcia po tą powieść, ale jednocześnie ostrzegam - z pewnego punktu widzenia to jedno z "najtwardszych" SF z jakimi się zetknąłem. Nie znajdziemy tu wprawdzie wielkich nadświetlnych liniowców z Webera, ale za to nasz umysł będzie musiał się pogodzić z szeroko zakrojoną niezrozumiałością mechaniki kwantowej, zasad superpozycji czy swobodnego operowania zasadą nieoznaczoności. Nie dajcie się jednak zrazić. Egan z kosmicznym rozmachem tworzy jedyną w swym rodzaju Wojnę Światów. Wojnę umysłową, rozgrywającą się na wielu płaszczyznach subiektywnej percepcji otoczenia, w rzeczywistości, w której "lokalna śmierć" całkowicie straciła znaczenie. Skrupulatnie wykreowani bohaterowie krążą pomiędzy frakcjami pozwalając autorowi na zaprezentowanie racji każdej z nich. A zaznaczyć trzeba, że czerń i biel praktycznie tu nie istnieją - są jedynie przestarzałymi, dwuwymiarowymi pojęciami w n-wymiarowym continuum.

Gdybym miał porównać "Drabinkę Schilda" do prac innych pisarzy, powiedziałbym, że mamy do czynienia z drobiazgowo zaprojektowanym zderzeniem Ursuli LeGuin, Dukaja, Assimova, Sagana... i nadal nie oddałbym autorowi sprawiedliwości. Przeczytajcie Egana.

9/06/2009

LARP a zdobycze technologii

Zastanawiałem się dzisiaj nad LARPami, w których brałem udział czy to jako uczestnik, czy jako organizator i doszedłem do wniosku, że zawsze jakiś problem stanowiła komunikacja między organizatorami.

W trakcie LARPa do poprawnego przebiegu wielu przedsięwzięć podejmowanych przez postacie niezbędna jest obecność "mistrza gry". Gdy bohaterowie są szczególnymi indywidualnościami (czyt. zawsze) i gdy jest ich większa liczba (czyt. więcej niż trzech) do płynnego przebiegu gry koniecznych jest kilku orgów. Zupełnie naturalne jest, że wszyscy uczestnicy naraz usiłują się pozabijać. Podczas gdy przy niektórych wydarzeniach (jak globalne starcie) można wykorzystać efekt stopklatki i rozegrać wszystko spokojnie, pod nadzorem prowadzących, inne, bardziej dyskretnej natury knowania, dzieją się niejako w tle absorbując uwagę kilku orgów naraz, w różnych punktach.

Oczywistym jest jednak, że owe dyskretne akcje często mają kluczowy wpływ na stan i przebieg fabuły. Zmieniają informacje dostępne innym graczom, modyfikują bazę wiedzy i mapę świata. Jak często zdarza się, że organizator musi wrócić do gracza i wytłumaczyć, że udzielone informacje są nieaktualne ze względu na zdarzenia w drugiej części pomieszczenia? Jak często w trakcie LARPa zdarzają się nagłe spędy orgów, w celu uaktualnienia posiadanych informacji?

Wpadłem na pomysł genialny w swej prostocie (i prawdopodobnie już dawno stosowany przez wiele osób, co nie przeszkadza mi dziś o nim pisać). Otóż koordynacja LARPa jak i dowolnej gry terenowej wymaga po prostu komunikacji bezprzewodowej w czasie rzeczywistym. Nie ma nic prostszego niż wyposażenie organizatorów w znane każdemu ze strzelanek ASG krótkofalówki (PMR). W ten sposób każdy z prowadzących może poinformować swoich współpracowników na bieżąco o jakiejś istotnej zmianie. Stan fabuły uaktualniany jest w czasie rzeczywistym, nagłe spotkania stają się rzadsze, a na dodatek łatwiej je zwołać (lub przeprowadzić zdalnie). Co więcej, krótkofalówki takie są łatwo dostępne. Chociażby Klub Fantastyki "Druga Era" posiada kilka kompletów używanych w większości na cele spływowe. Droższą, acz również możliwą do zrealizowania alternatywą jest wykorzystanie palmtopów i komputerów przenośnych i zapisywanie wydarzeń w dokumencie google-docs, odhaczanie punktów w tada-lists albo po prostu mała konferencja na Skypie.

Nie ma również problemu z wkomponowaniem takiej komunikacji w przebieg żadnego larpa nowoczesnego/przyszłego. W końcu to zupłenie naturalne, że ugarniturzona ochrona Elizjum (oczywiście składająca się z ghuli Ksieżnej/Księcia), czy załoga stacji kosmicznej, posiada krótkofalówki. Kelnerzy w restauracji, w której odbywa się narada Magów Tradycji muszą posiadać palmtopy na których zapisują zamówienia gości. Niezależni biznesmeni w centrum handlowym zawsze paradują z netbookami.

Osadzenie takiej komunikacji w świecie magii i miecza wymaga troszkę więcej zachodu (zwłaszcza z szyciem skórznych mieszków na radyjka i wieszaniem kości i wstążek na kablu od słuchawek), ale nie widzę poblemu, żeby grupa kapłanów musiała czasem oddać się medytacji mamrocząc niewyraźne słowa w obcym jezyku do swoich młynków modlitewnych.

Powiem Wam szczerze - mam teraz straszną ochotę wypróbować ten pomysł. Gdyby ktoś chciał sprawdzić czy to działa, mogę mu wypożyczyć dwa zestawy Midland G7+mikrofono-słuchawka. Są jeszcze w Polsce.

9/01/2009

Informatycy i świat

Po raz kolejny zostałem dziś zaskoczony przez... Życie? Ekonomię? Cokolwiek...

W południe odebrałem telefon (numer zastrzeżony):
Ja: "Tak słucham?"
Gość po drugiej stronie: "Blah bla bla blah blah bla."
<gwaltowny przeskok mózgu na angielski>
Gpds: "Dzwonię z Londynu, nie mieliśmy jeszcze okazji rozmawiać, ale znalazłem Twoje CV na Monsterze i bardzo mnie zainteresowało."
Ja: "Um, przepraszam bardzo, ale zapomniałem zaktualizować informacje. W tej chwili jestem w Norwegii i pracuję dla UCS.NO"
<zaczynam się żegnać i przygotowywać do odłożenia słuchawki>
Gpds: "Ach, szkoda, a to stała praca czy kontrakt?"
Ja: "... kontrakt."
Gpds: "A kiedy się kończy?"
Ja: "Według umowy około 11 listopada, w połowie października będę wiedział, czy zostanie przedłużony."
Gpds: "Ach, rozumiem, no to na pewno będę dzwonił w październiku!"
Ja: "... eee, w porządku, dziękuję, nie widzę problemu... "
<jeszcze przez chwilę gapię się ze zdziwieniem na telefon>

Czy oni naprawdę nie mają kogo rekrutować? O co chodzi?

Stare posty